Ciasto-piankowa lornetka, czyli jak zrobić coś niezgodnie z instrukcją

30 minut
two

– Mamo, masz dla nas jakąś propozycję na dziś?

– Jasne, dziś zrobicie lornetkę.

– Lornetkę? Ale że jak?

– Normalnie. Okleicie i gotowe. Potem możecie się nią pobawić. Jak wyschnie oczywiście.

– Ale to nudne oklejać lornetkę papierem. No i co tatuś na to powie?

– Nie nasze lornetki z szafy, tylko zupełnie inną lornetkę. Taką specjalną.

– Suuupeeeer!!!

Do zrobienia lornetki potrzeba… Lornetki firmy Amos. Tak po prostu. Wszystko, co potrzebujemy, znajdziemy w opakowaniu:

  • tekturową lornetka do oklejenia,
  • żółtą ciasto-piankę w saszetce,
  • 3 kolory ciasto-pianki w hermetycznych pojemniczkach,
  • klej ze złotym brokatem, 
  • przydatne narzędzia z ciekawymi końcówkami (mamo, to jest śrubokręt!),
  • instrukcję, która podpowie nam, jak mieszać kolory (i tak zrobimy po swojemu, prawda, Dominika?).

Teoretycznie sprawa była prosta. Trzeba okleić lornetkę, żeby jakoś ładnie albo ciekawie wyglądała. W praktyce panienki dorwały się do ciasto-pianki i zaczęły robić… trufelki. 

– Potem je zjemy. Tak na niby, oczywiście.

No całe szczęście. 

– Lornetkę miałyście robić.

– Ale musimy? Ona bez oklejania też jest fajna.

– Musicie.

No jak mus, to mus. Dziewczyny zabrały się do roboty. 

– Ale jak zostanie pianka, to dokończymy trufle, dobrze?

W opakowaniu znalazłyśmy trzy kolory pianki w pudełeczkach i jedną w saszetce. Saszetkowa nie chciała kleić się tak dobrze, jak pudełkowe ale panienki znalazły na to sposób. Wymieszały kolory  i wzięły się do pracy. 

Świeża pianka przykleja się do rąk, potrzeba kilku minut kontaktu z powietrzem, żeby nieco obeschła. Wtedy można ją łatwo formować, jednak trudniej przykleić do papieru. Dziewczyny rozwiązały problem w ten sposób, że obłożyły lornetkę pianką, a następnie zaczęły opukiwać plastikowymi młoteczkami. Ta nieco dziwna metoda świetnie się sprawdziła, do plastiku pianka się nie przykleja. 

Jeśli chodzi o kolory, to po dokładnym połączeniu dwóch, otrzymamy trzeci – jednolity. Trochę magia, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z kolorowymi kuleczkami, ale naprawdę działa. Sama masa jest bardzo przyjemna w dotyku. Początkowo się lepi i ciągnie niczym guma do żucia, ale już po kilku minutach przestaje i jest bardzo przyjemna w dotyku. Szczerze mówiąc, nie dziwię się dziewczynom, że nie lornetka była ich głównym celem. 

Lornetka jest jak najbardziej prawdziwa. Przybliża i oddala zgodnie z zasadami sztuki optycznej. Może daleko jej do jakości tych wojskowych, ale działa naprawdę dobrze. Myślę, że mocą dorównuje lornetkom teatralnym. 

Ostatni punkt programu, po zrobieniu wszelkich zbędnych i niezbędnych dekoracji (ta wasza lornetka wygląda jak walizka – nie znasz się – no jak zwykle) dziewczyny uznały, że przyda się trochę złota. Wzięły klej z brokatem i wymazały cały wierzch lornetki. 

Chociaż lornetka wydawała się od razu gotowa do zabawy, tak naprawdę na efekt trzeba było poczekać cały dzień. Dopiero wtedy ciasto-pianka i klej z brokatem dokładnie wyschły. Okazało się, że lornetka jest naprawdę lekka, nie brudzi, żadne kawałki pianki nie odpadają. W sumie można było i spód okleić. Panienki jednak odmówiły pracy, gdyż chciały ocalić trochę pianki na „trufelki”. 

Jeśli wasze dzieci podobnie dojdą do wniosku, że piankę da się wykorzystać ciekawiej, niż oklejając lornetkę, nie sprzeciwiajcie się. Lornetka działa i bez oklejania a masa piankowa daje niesamowite pole do popisu. A w końcu o to chodzi w zabawie!

Lornetka zyskała imię, nazywa się Klejuś. Właściwie jest już członkiem rodziny… Powiedziałam dziewczynom, że wygląda jak klasyczny nosacz, ale kazały mi siedzieć cicho. Klejuś to nie jest żadna głupia małpa, mamo! 

 

Ania