Błąd na błędzie, czyli jak NIE robić robali z butelek

2 godziny
two

– Mamo…

– Ciociu…

Nooo, jak mnie obie dorwały, to będzie draka!

– Czego dusze jęczą?

– Robale są na dworze.

– Wy też jesteście jak robale.

– Ale one gryzą.

– A wy jesteście większe.

– Ale nie jesteśmy robalami.

– To sobie zróbcie duże robale do obrony i dajcie mi spokój.

– No dobrze. Zrobimy, jak nam powiedz jak.

No i się zaczęło. 

W założeniu miało być łatwo, bo w końcu co to za sztuka pociąć i pomalować kawałki butelek po napojach? Ha! No jak się okazało, nie jest to takie proste. Pewnie za drugim razem nam się uda. Dziś zdradzamy tajemnice warsztatu, otwarcie mówimy, co nam nie poszło i czego lepiej nie robić. 

Po kolei. 

Przygotowałyśmy:

  • klej z brokatem,
  • farby gwasz,
  • farby plakatowe,
  • farby do szkła,
  • pędzelki,
  • kubeczek niekapek,
  • pisaki z grubą końcówką,
  • puste butelki po napojach.

Potem się okazało, że pisaki to tak niekoniecznie, za to wypróbowałyśmy zszywacz. Też okazał się niekoniecznie. 

Pierwszy błąd:

Rysować po butelce pisakiem jest łatwo, za to wyciąć cokolwiek już trudniej, bo mazak wyciera się przy byle dotyku, a butelka pęka. Nam nie udało się wyciąć skomplikowanego układu odnóży. Przy odrobinie uporu doczepiałyśmy je zszywaczem, ale to też nie było najlepsze rozwiązanie. Najwygodniej jest przeciąć butelkę w połowie i ponacinać promieniście. Po czym odciąć to, co niepotrzebne. Tak była zrobiona biedronka – nasz ostatni robal – i chyba wyszła najlepiej. Ośmiornica też była zrobiona podobnie, ale nie udała się z zupełnie innych powodów. 

Drugi błąd: 

Założenie, że nierówności przy cięciu da się wyrównać „potem”. Nie da się. Nawet moje ulubione nożyce do kurczaka nie dawały rady. Cięcie butelki to robota dla cierpliwych perfekcjonistów. 

Trzeci błąd: 

Malowanie farbami gwasz. Ten błąd odkryłyśmy dopiero następnego dnia. Farby gwasz, chociaż są ogólnie genialne, co Wam tu nie raz pisałam, nie nadają się do idealnie gładkich powierzchni. Przyczepność jest zerowa i po wyschnięciu farba po prostu pęka i odpada. Duże kawałki trzeba było poprawiać. 

Czwarty błąd: 

Przekonanie, że wystarczy jedna warstwa plakatówki, żeby dokładnie pokryć butelkę. Nie wystarczy. Przynajmniej nie wtedy, kiedy maluje dziecko. 

Piąty błąd: 

Naiwne myślenie, że na butelce da się perfekcyjnie malować. Pewnie się da, ale nie jak się jest dzieckiem. Wyszło, jak widać. 

Ale żeby nie było, że robiłyśmy same błędy, muszę przyznać, że kilka rzeczy wyszło fajnie. Na przykład mikstury, które robiły dziewczyny. Tylko małolaty mogą zmieszać razem gwasz, klej z brokatem i farbę do szkła. Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że nic z tego nie wyjdzie, tymczasem właśnie taki roztwór najlepiej trzymał się butelki. Podejrzewam, że duża w tym zasługa kleju i farb do szkła. One zresztą najlepiej sprawdziły się w tej zabawie. No ale to też okazało się następnego dnia. 

Dobrym pomysłem było malowanie wewnętrznej strony butelek. Dzięki temu wierzch wyszedł gładki i w miarę jednorodny. Jeśli widzicie tam maziaje, to jak najbardziej celowe! W ogóle, jeśli chodzi o kolorystykę tych robali, to dziewczyny zgodnie oświadczyły, że robale są bajkowe, a w bajkach są takie właśnie kolory. Nie wiem, skąd one to wiedzą. 

Gdybyśmy dziś robiły robale, myślę, że ich nogi zrobiłybyśmy z tektury, albo choćby papieru, łatwiej by było. Inna rzecz, że może mniej kolorowo, papierowe nóżki nie mieniłyby się w słońcu tak ładnie. 

Oczywiście robale trafiły tam gdzie ich miejsce, w trawę między między konwalie. Nie wiem, czy odstraszą robactwo, ale dziewczyny są zadowolone. Dobrze, że chociaż one… 

Aha, robale robi się raczej długo, cztery sztuki zajęły nam dwie godziny. Przy czym dziewczyny robiły równolegle, więc trzeba założyć, że jeden robal zajmuje godzinę.

 

Ania