List do Św. Mikołaja

45 minut
one

– Mamusiu, muszę napisać list. Pomożesz mi?

– List? Nie maila? I w czym mam ci pomóc, przecież umiesz pisać?

– No jak maila? A masz maila do świętego Mikołaja?

Ho ho ho, no to poważna sprawa! W końcu list do Mikołaja to nie byle jaki list. Tu liczy się nie tylko treść (ta akurat została ukryta nawet przed moimi oczami, bo przecież jak się komuś powie, to się nie sprawdzi), ale też wygląd. List do Mikołaja musi wyglądać elegancko. To nie byle kartka papieru złożona na pół. 

– Ten papier pastelowy będzie najlepszy. I nożyczki z ząbkami. Aha, i stempelki, one są takie świąteczne.

– Coś jeszcze?

– Tak, klej z brokatem się przyda, będzie świecąco, świątecznie.

Faktycznie, tym razem niewiele było potrzeba. Ostatecznie do napisania listu do świętego od prezentów moje dziecię przygotowało:

  • Kolorowy papier pastelowy,
  • Nożyczki do dekoracji brzegów,
  • Flamastry ze stemplami,
  • Klej z brokatem.

– Pamiętaj, że ten list będziesz musiała złożyć, lepiej się od razu zastanów, jak ma wyglądać, żeby się w kopercie bez sensu nie pogniótł.

– To jak będzie najlepiej?

– Chyba tak, jak laurkę, na trzy. Akurat mamy takie podłużne koperty.

– Ale ten papier jest większy niż zwykła kartka z drukarki.

– Niedużo. I przecież obetniesz brzegi nożyczkami z ząbkami, to będzie akurat.

– No dobrze, to złóż mi tak, żeby było równo.

W ten sposób arkusz pastelowego papieru został podzielony na sześć sekcji, z czego ozdobione zostały zaledwie cztery. Wewnętrzna środkowa została wypełniona treścią tylko dla wtajemniczonych (mamusiu, nie patrz i nie rób zdjęć, dalej robię sama), na bokach pojawiły się grafiki ręką dziecka stworzone. 

Przy okazji muszę zauważyć, że papier został wykorzystany niestandardowo. O ile złożony tak, jak zwykle składa się kartki A4, to już życzenia zostały napisane pionowo, czego się raczej nie robi. No ale co tam, święty i tak zrozumie, a dziecku było wygodniej. Przyjdzie czas, zaczniemy rozmawiać o tym, jak się pisze profesjonalne listy. O ile do tego czasu sztuka epistolografii nie zaniknie całkiem. 

Jedna choinka została wykonana mazakami, druga klejem z brokatem. Tak, żeby nie było wątpliwości, o jaką okazję chodzi. Dla wzmocnienia efektu pojawiła się jeszcze choinka i gwiazdka. No, teraz to już  Mikołaj na bank będzie wiedział, co zrobić z tą listą. Nagłówek „Kochany Mikołaju” wyraźnie sugeruje, kto jest adresatem. Nawet jeśli list gdzieś zaginie (splunąć i odpukać!), to jest szansa, że zostanie skierowany na właściwe tory. 

Mazaki ze stempelkami były już kiedyś przez nas używane, tym razem też nie zawiodły. Żywe, wyraźne kolory idealnie nadawały się do narysowania choinki i ogromnego prezentu. Są wyprodukowane na bazie wody, więc nie mają drażniącego zapachu. Biorąc pod uwagę, jak mocno używało ich moje dziecko, mogę tylko dziękować niebiosom. Przy okazji moje dziecko stwierdziło, że jak się mocno narysuje i do tego rozmaże palcem, to wyjdzie taki odblask, jak od prawdziwej gwiazdki. Faktycznie, coś jej się rozmazało. Skuwki od tych mazaków są tak sprytne, że nawet gdyby dziecko jakimś cudem skuwkę połknęło, nie udusi się. A wszystko to dzięki inteligentnej wentylacji, która nie powoduje wysychania mazaków. 

Na drugim końcu mazaków znajdują się małe stempelki. Oczywiście nie mogły nie zostać wykorzystane, przynajmniej ten z gwiazdką i prezentem. Zmienianie kolorów wypraktykowałyśmy już wcześniej, wystarczy taki stempelek pomazać odpowiednim mazakiem, by stemplował na wybrany kolor. Wbrew pozorom nie ma obowiązku używać tylko „fabrycznej” barwy. 

O kleju z brokatem pisałam już nie raz i nie dwa – grube warstwy schną nawet dobę – pamiętajcie o tym, jeśli zależy Wam na czasie. 

Wyprodukowanie listu do Mikołaja jest proste i nie wymaga skomplikowanych zabiegów. Co nie znaczy, że dziecko podeszło do tego na luzie. Wręcz przeciwnie! W końcu to nie byle jaki list, tylko list do Mikołaja. W jego wykonanie dziecko włożyło potężną dawkę emocji. W związku z tym na walory plastyczne postanowiłam nie zwracać uwagi. I tak zrobiła wszystko po swojemu „bo to jej list”, moje uwagi tym razem potraktowała dość lekceważąco. Nic to. Następnym razem popracujemy wspólnie.

 

Ania