Łódeczki Pana Maluśkiewicza

1,5 godziny
two

– Mamoooo, a skąd my mamy tyle orzechów?

– Dostaliśmy, a co? Masz ochotę?

– Tak. Na łupinki.

– Słucham? Chcesz się bawić w eko-pranie? Nigdy nie próbowałam, ale jak chcesz, to możemy.

– Jakie eko-pranie, mamooooo. Od prania to jest pralka. Ja chcę łódeczkę zrobić. Może nawet kilka.

– Jaką łódeczkę?

– No przecież sama mi czytałaś, że pan Maluśkiewicz wypłynął na poszukiwanie wieloryba w łupince od orzecha, nie pamiętasz?

“Pan Maluśkiewicz i wieloryb” Julian Tuwim

No proszę, a jednak słucha, jak czytam. Miło. Niemniej jednak, o ile mnie pamięć nie myli, pan Maluśkiewicz był tyci tyciuteńki i wszystko w jego łódeczce też takie było. Na myśl o produkowaniu miniaturowych mebelków, sprzętów (na pewno był tam rower i chyba namiot, ratunku!) i samego pana Maluśkiewicza zrobiło mi się jednak trochę słabo. 

– Ale co ty chcesz do tej łódeczki włożyć?

– Nic nie chcę wkładać. Pusta będzie.

Ufff. 

– Pusta? To jak chcesz żagiel przyczepić?

– A on miał żagiel? Czy może jednak wiosła? Dobra, niech będzie żagiel. Wiosła trudniej zrobić. Żagiel wbijemy w łódkę i już.

Rozwiązała mój problem, bo faktycznie wydawało mi się, że jednak wiosła… Ale wbić?

– Łupinka od orzecha jest twarda, nic w nią nie wbijesz.

– Oj mamo, nie komplikuj. Wpakujemy plastelinę do środka i wbijemy kij, maszt, czy jak to się tam zwie. Weź lepiej rozłup te orzechy tak, żeby łupinki się nie połamały.

No jak zwykle… 

Niby łatwe, a jednak nie tak całkiem. Udało mi się uzyskać jedenaście prawie idealnych połówek. I od razu Wam powiem, że to za dużo. Wystarczyłyby cztery, po dwie na osobę. Bo oczywiście:

– Mamoooo, ale jak Dominika przyjdzie, to też będzie robić, dobrze?

– Tak oczywiście, przecież zawsze z nami robi.

Lubię jak Dominika z nami pracuje. Moje dziecko ma towarzystwo innego dziecka, a i niewymuszonego śmiechu jest więcej. Dzieci są niezwykle spontaniczne, a za ich kreatywnością czasem ciężko nadążyć. 

Ostatecznie do zrobienia łódek pana Maluśkiewicza przygotowałyśmy:

  • Blok rysunkowy biały (właściwie to potrzebne były kartki z bloku jako podkładka do malowania)
  • Blok papierów kolorowych (gruby, artystyczny, cudny),
  • Pędzle,
  • Farby gwasz,
  • Kubek-niekapek,
  • Paletę do mieszania kolorów,
  • Plastelinę,
  • Nożyczki,
  • Nożyczki dekoracyjne,
  • Mazaki ze stempelkami,
  • Łupinki od orzeszków,
  • Patyczki od szaszłyków.

Z tymi łódeczkami to jest tak, że niby zrobienie jest łatwe, ale dziewczyny się zmęczyły. Trochę to jednak trwało. Naprawdę nie róbcie za dużo na jeden raz. 

Pierwszy etap to malowanie zewnętrznej powierzchni łupinek. Zaczęły pędzelkami, skończyły palcami. Jak zwykle. Nie dziwię im się, bo farby gwasz bardzo ładnie się rozprowadzają palcami, są przyjemne w dotyku i bardzo ładnie kryją. Próbowałam, palcami jest ciekawiej. Poza tym – brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Dlatego pozwalam się brudzić. 

Łódeczki schły, a dziewczyny wzięły się za szykowanie plasteliny. Mogłoby się wydawać, że nie ma co szykować, ale nie z nimi takie numery. Przecież trzeba wymieszać, zrobić fajne maziaje, albo całkiem nowe kolory. Nie przyznały się, ale podejrzewam, że po prostu lubią ugniatać plastelinę Fiorello. Nie dziwię im się… 

Pozostało jeszcze przygotowanie żagielków. Nie wiem, dlaczego prawie wszystkie są w tym samym kolorze, ale doświadczenie nauczyło mnie, żeby nie zadawać takich pytań. Po pierwsze dzieci i tak nie zmienią zdania, po drugie – mogą pomyśleć, że coś zrobiły nie tak. A przecież wszystko jest „tak”. A to, że w bloku jest pięć kolorów, a one wykorzystały dwa, przy czym dziesięć łódek ma ten sam kolor żagli, to przecież drobiazg. Widać, taką miały wizję. Podzieliły się przy dekorowaniu żagielków. Jedna panienka wykorzystała nożyczki do dekoracji, druga kolorowe stempelki. Uznały, że jedno i drugie nie pasuje. Poprzebijać patyczkami musiałam ja, ten dekoracyjny papier jest twardy, trudno go przebić. Nie proponujcie dzieciom, patyczki do szaszłyków są ostre, łatwo się skaleczyć, nawet mnie się prawie udało. 

Łupinki wyschły i można było dokończyć dzieła. Plastelina do środka, wyrównać, ewentualnie ozdobić i wbić żagiel. Prościzna. Tylko… łódeczki niekoniecznie chciały stać. Lepiej stały te, gdzie panienki wbiły naprawdę dużo plasteliny, ale i one się bujały na boki. A miało być tak pięknie… 

– Mamooo, i co teraz?

– Pamiętasz te łódki ratowników na plaży? Miały takie coś pod spodem, nie wiem, jak to się nazywa.

– Taką prostą kreskę?

– No właśnie. Zróbcie takie z plasteliny. Jak trochę przyciśniecie, to będzie płasko i będą same stały.

Zadziałało. I od razu mówię – plastelina Fiorello nie brudzi stołu.

 

Ania